sobota, 30 stycznia 2016

Rozdział 5: Nie w porządku


Dyrektor stał oszołomiony na korytarzu. Nie wiedział co ma zrobić. Regulamin szkoły zakazywał...
Dumbledore ruszył przed siebie. Zazwyczaj miał przygotowane kwestie i przemowy. Teraz improwizacja.
Ściszone głosy słychać było coraz mniej. Gdy wbiegł tam, tylko przez ułamek sekundy zobaczył czarne szaty. Nagle znikły gdzieś. Usłyszał czyjeś kroki, jednak udał, że nie usłyszał nic podejrzanego.
<...>
Słychać było czyjś oddech. Harry zatkał Hermionie usta ręką. Nie wiedział, co zrobić. Ktoś podsłuchał ich rozmowy, a teraz tu czeka. Jak zniknąć i udać, że ich tam nie było?
Nagle znikąd pojawił się Ronald Weasley. Podbiegł do nich, wyciągnął różdżkę i wyszeptał coś pod nosem. Hermiona poczuła dreszcz.
-Zwiewać-mruknął rudzielec.
Po chwili "biegli bezszelestnie" po schodach. Dumbledore-bo to jego spotkali-wydawał się niczego nie zauważyć.
Nikt nie zwrócił na nich uwagi, mimo głośnego tupania, nawet na schodach. Widząc większą liczbę osób czekali na odejście kilku z nich. Utrzymanie się w zwartej grupie było trudne, jednak musieli trzymać się za ręce, by zaklęcie Rona działało.
Zbliżali się do łazienki Jęczącej Marty. Ron uchylił drzwi lekko i wśliznął się do środka, ciągnąc ich za sobą. Wreszcie mogli się puścić. Hermiona wytarła do szaty rękę patrząc podejrzliwie na Weasleya. Harry dziwnie spoglądał na własną dłoń przez dłuższy czas. Dopiero po pewnym czasie przeniósł wzrok na dawnego przyjaciela. Ronald stał tyłem do nich. Skrzyżował ręce na piersiach i-jak im się wydawało-patrzył w podłogę.
Nagle pojawiła się ona. Wszechpotężna gospodyni łazienki. Marta. Jęcząca Marta.
- Po co żeście przyleźli?-zaszlochała.-Żeby gnębić mnie i jego?-wskazała na rudego.
- Przyszliśmy się schować, Marto-warknął poirytowany Ron.
- Zagrozili ci śmiercią?!-krzyknęła na cały głos.-Powiedzieli, że jeśli wygadasz się, zastosują...-przełknęła głośno ślinę.-Avadę Kedavrę?
- Zamknij się-pisnął.
- Zgrywasz przed nimi odważnego... prawda?-mruczała, coraz bardziej zbliżając się do niego.-Żeby zrozumieć, że strach nie jest zły, potrzebujesz... miłości...
- Marto?
- Moja miłość może się umocnić, kochany.
Ron z przerażeniem patrzył na ducha. I-o dziwo-nie dlatego, że był to duch.
Hermiona wpatrywała się w tę scenę z pogardą. Coraz bardziej rosła w niej nienawiść. Miała wrażenie, że eksploduje.
To działo się w ciągu dwóch sekund. Przybliżyła się do Harry'ego mimo, że ręce jej drżały, nogi odmawiały posłuszeństwa, a głowa nie pracowała w ogóle. Chwyciła go za szatę i szarpnęła do siebie. Ich usta spotkały się niespodziewanie. Przynajmniej niespodzianką było to dla Harry'ego.
Zaczęła szybko, ale nie była w stanie przestać. Miała wrażenie, że to nie do końca w porządku, ale nie chciała tego kończyć.
To się ciągnęło dalej, jej wyobraźnia przeistaczała chwile w godziny. Zaburzony rytm serca, szybki oddech.
<...>
Harry ze szczęściem tulił do siebie Hermionę. Nie wiedział, co ma robić. Ron wpatrywał się w nich ze złością, ale... stop, stop, stop. Czy Hermiona nie zrobiła tego tylko i wyłącznie dlatego, że chciała zrobić wrażenie na Weasleyu? Z oczu "bliznowatego" zaczęły ciec łzy. Wypełniała go wściekłość, jednak nie był w stanie przestać całować dziewczyny. Coraz bardziej zacieśniał uścisk. Hermiona też nie wyrażała jakichkolwiek chęci zaprzestania.
- H-hermiono-usłyszeli nagle płaczliwy głos.-Ja wiem, że źle zrobiłem-łkał Ron.-I wiem, że nie będziemy razem. Ale pozwól mi tylko na choć trochę kontaktu z tobą. Normalnego kontaktu.
Trzymali się dalej siebie, jednak skończyli całowanie. Oboje zamknęli oczy i pochylili głowy w dół. Nim rozbrzmiał głos, minęło z pół minuty.
- Nie zasługujesz nawet na najmniejszą ilość mojego szacunku.
- Błagam cię, uratowałem ci dupę i w zamian tej dupy chcę!-warknął.
- Ty dupku!-ryknął Harry.-Jak śmiesz?
- Nie powtarzajmy tyle razy słowa "dupa", bo Ron przyjdzie-warknęła dziewczyna i szarpnęła bliznowatego za rękaw.-Idziemy. Dziękujemy za pomoc, ale i bez ciebie dalibyśmy sobie radę.
Wyszli z łazienki szybkim krokiem. Harry puścił wściekłe spojrzenie na rudego. Jeszcze nigdy nie widział go w tak okropnym stanie. Histeria, płacz? Zasłużył na to. Sam to sobie zgotował.
Przemierzali korytarz, jednak nie do końca wiedzieli, gdzie jest ich cel. Przeszli kilka razy schodami, zeszli na dziedziniec i nagle zatrzymali się. Spojrzeli na gwieździste niebo, potem na siebie... Hermionie serce zabiło. Nagle Harry chwycił ją za rękę i pociągnął.
Sporo przeszli, zanim znaleźli się wysoko na Wieży Północnej. Dziewczyna wbiła wzrok w podłogę. To jest oszukiwanie. Zrobiła to przez Weasleya. Musi mu to powiedzieć. Nie może oszukiwać przyjaciela. Nie obchodziło jej, że Harry popadnie w friendzone czy coś. Po prostu musi mu powiedzieć prawdę.
- Harry-mruknęła.
- Wiem.
Nastąpiła przerażająca cisza. Cisza, jaka była gorsza od tej w Zakazanym Lesie, od tej w Komnacie Tajemnic... Po prostu pustka.
- Nie powinnam.
- Czego?
- Harry.
- Cała się trzęsiesz-stwierdził i przytulił dziewczynę do siebie.-Mionka, jestem przy tobie i cię kocham. Wszystko będzie dobrze, wszystko się ułoży. Błagam, nie trzęś...
- No i co CIEBIE obchodzi, czy się trzęsę czy nie?!-ryknęła.-Co MNIE obchodzi, że tu jesteś, wielki Harry Potterze? Nic nie będzie dobrze, nic! Nie chcę!
Harry stał nieruchomo i patrzył, jak dziewczyna ucieka. Tego się spodziewał. Był zły na nią, na siebie, na świat. Wiedział, że dziewczyna tak naprawdę chce Rona, jednak jest wściekła.
Szedł powoli do dormitorium.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział 4: Burze słyszalne na krańcach zamku


Harry czuł się, jakby ktoś wbił mu nóż prosto w serce. Widok, który zastał, był tak oszałamiający, że przestał oddychać. Z jego ust poleciała długa wiązanka głośnych przekleństw, a głowa zdawała się eksplodować. Zaczął pędzić przed siebie w stronę dwójki osób i głośno oddychać.
Po prostu nie wierzył. Gdy całująca się para usłyszała jego sapanie, odkleiła się od siebie. Chłopak patrzył na niego mściwie rozwierając usta w szyderczym uśmiechu. Dziewczyna nie bardzo wiedziała, o co chodzi i zaczęła coś szeptać. Po chwili blady i piegowaty rudzielec przykleił się z powrotem do czarnowłosej hinduski. Harry przetarł oczy. Niemożliwe. Ronald Weasley ponownie znalazł sobie naiwną dziewczynę. Ponownie zatapiał się w ustach innych, niż było mu to dozwolone. Parvati Patil. No tak.
Patil była uczciwą dziewczyną. Nigdy nie zrobiła by nic przeciw czyjemuś związkowi. Po prostu nie była świadoma tego wszystkiego. Nie wiedziała, że Ron jest taki. Biedna.
- Nie rób tego, Parvati, błagam-ryknął Potter.-On tylko wyrządza krzywdę. Swoje wszystkie dziewczyny oszukuje-jęczał.
- Harry?-czarownica oderwała się od Weasleya.-Ron?
- Nie wierz mu! On jest głupi!-warknął rudy próbując przycisnąć Parvati znów do siebie.
- Ronald-szepnęła.-To był twój przyjaciel. Nie powiedziałby na ciebie złego słowa bez powodu. Musi być jakiś powód. Powód! Powód! Jaki jest powód, Harry?
- Weasley na początku roku szkolnego zawarł związek z Hermioną Granger. Zapewniałem się, że dziewczyna jest nie dla mnie, by nie zepsuć ich związku. Jednak niedługo potem, gdy zaczął się drugi semestr, bidula złapała go, jak całuje się z Luną. Niedawno przepraszał Mionę, a gdy go odrzuciła, widziałem go liżącego się znów z Lovegood. Tym razem widzę tego parszywego gnojka z tobą-wyjaśniał pospiesznie czarodziej.-Nie chcę, żebyś ty ucierpiała, tak jak reszta.
Harry wybiegł z pokoju wspólnego Gryfonów i przemknął się korytarzem dalej. Słychać było krzyk Patil i błagania Weasleya.
Nagle wpadł na nią. Granger szła spokojnie korytarzem. Była cała i zdrowa. Nawet nie była ubrudzona.
- H-hermiono...-jęknął.
Dziewczyna spojrzała na niego chłodnym wzrokiem.
Nie wiedział, co robi. Chwycił ją za ręce i zaczął całować. O nie, o nie, o nie. Jak mógł do tego doprowadzić. Gryfoni już zaczęli o nim gadać, teraz reszta zacznie.
Czarownica nie straciła zdrowego rozsądku. Nie miała ochoty ani czasu na lizanie się z tym kolesiem. W sumie, to miała ochotę, ale nie chciała tego pokazać. Cały czas myślała o jego bezsensownej gadce. Odepchnęła go tak mocno, że przewrócił się na podłogę.
- Harry Potterze, nigdy bym nie pomyślała, że jesteś taką ciotą-uśmiechnęła się i weszła do łazienki, która znajdowała się obok.
Harry nie wiedział, co ma powiedzieć. Serce waliło mu jak oszalałe. Siedział na podłodze i wpatrywał się w przestrzeń.
Rzucił jakieś przekleństwo pod nosem.
Nad jego głową zawisł zadowolony Irytek.
- Mogę na ciebie mówić "ciocia"?-zarechotał Poltergeist.
- Spadaj, ty głupi, dwulicowy...-ryknął Potter.
Miotał przekleństwami na prawo i lewo. Oczy go piekły, stawały się coraz bardziej mokre i coraz mniej widział.
Przeklinanie na duszka niewiele mu pomogło. Krzyczał tak głośno, że uczniowie patrzyli na niego z politowaniem. Wkrótce zjawili się i pierwsi nauczyciele.
- Co ty wyprawiasz, Potter?!-wrzasnął Snape patrząc pełnymi nienawiści oczyma w stronę chłopaka. Szedł coraz szybciej w jego stronę.-Jakbym mógł...
- Panie Potter!-oburzyła się Minerva McGonagall.-Przestań! Natychmiast!
- Boże złoty...-profesor Sprout wytrzeszczyła oczy.-Cóż się dzieje z tą młodzieżą?
- Czy uczniowie niestabilni emocjonalnie powinni mieć wstęp do szkoły?-jęknął pan Flitwick.
- Cisza! Proszę się rozejść!-rozbrzmiał głos z daleka.
Wszyscy popatrzyli w tę stronę. Albus Dumbledore szedł szybkim krokiem w ich stronę.
- Uczniowie do dormitoriów! Nie uważacie, że zbyt duży tu tłok?-zawołał.-Co się dzieje?-spytał, gdy uczniowie stojący najbliżej odeszli.
- Dyrektorze!-warknął Severus.-Potter zachowuje się nagannie.
- Nie przesadzaj, Severusie-rzekłą profesor McGonagall.-Harry po prostu narobił trochę zamieszania...
- No właśnie!-ryknął mężczyzna.-Zwabił wszystkich uczniów, narobił zamieszania i z pewnością zasługuje na odjęcie punktów jego domowi.
- Snape, to ja jestem odpowie...-zaczęła nauczycielka.
- Taka jest dzisiejsza młodzież, dziwne to doprawdy-mruknęła pani Pomona.
- Skoro taka ma być młodzież, to odjęcie punktów zrobi bardzo dobrze!
- Wydaje mi się, że pana Pottera trzeba oddać do Skrzydła Szpitalnego. Poppy zajmie się nim należycie-orzekł profesor Flitwick.
- Cholibka!-krzyknął Hagrid, który pojawił się tam znikąd.-Co się stało Harry'emu?
- Och, przestańcie wreszcie!-jęknął Dumbledore.-To ja podejmę decyzję-otrzepał swoją tiarę i spojrzał na nich.-Przestańcie się już tak patrzeć. Przecież lekcje już się skończyły, nie musicie tu wszyscy stać. Ja załatwię tą sprawę z Harry'm.
- Dyrektorze, nawet pan nie wie, co się stało...-jęknął Snape.
- Przestań, Severusie. Sam wiem, co robię.
I bez jakichkolwiek wiadomości poszedł w stronę, gdzie przed chwilą jeszcze siedział Potter. Nie zastał go tam. Podczas ich dyskusji uciekł gdzieś indziej. Albus westchnął ciężko. Księżyc świecił na zewnątrz. Poszedł dalej. Przemierzał korytarz coraz szybciej.
Usłyszał cichy szloch i ledwo słyszalny głos.
- Ja wiem, że nie powinnam się wściekać...
- Przecież wiesz, że ja cię nie winię, przestań płakać.
- Zachowałam się podle przecież...
- No i co z tego? Są wzloty i upadki. Przestań płakać.
- Nie pieprz. Wracaj do dormitorium, jeszcze ktoś cię złapie.
- Nie pójdę, póki ci tego nie wyjaśnię. Przestań płakać.
- Zbyt naciskasz, ty nie możesz sobie po prostu mi rozkazywać.
- Nie chcę ci rozkazywać. Nie płacz już. Kocham cię.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Rozdział 3: Myśli.

Hermiona patrzyła przed siebie. Jezioro lśniło w świetle księżyca. Ale to nie był powód tej ciszy. To nie był powód, dla którego dziewczyna z zapartym tchem wpatrywała się w przestrzeń. Nie chodziło o piękno świata ją otaczającego. Księżyc, gwiazdy, jezioro... nie, nie o to. Dziewczyna złożyła głowę na kolanach Harry'ego. Wdychała woń, to pozwalało jej przetrwać w straszliwym zimnie. Temperatura na minusie, a oni siedzieli w piżamach na trawie.
Harry przytulił ją do siebie. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Mózg spóźniał się, jakby był zegarkiem, którego właściciel zapomniał o przesunięciu czasu. Wiele dni minęło, ale głupota przyjaciela nadal go przerastała. Nie potrafił określić uczucia, którym w istocie była troska o Granger. Ale on zaczynał to odbierać, jak furię i konieczność zrobienia bałaganu w życiu Rona. Nagle wymyślił, jak wybrnąć z trudnej sytuacji. Po długim myśleniu powiedział do dziewczyny:
- Hermiono, ja wiem, że chcesz go posiekać, zamknąć w lochu, albo coś takiego...
Prymuska spojrzała na niego spode łba. Przecież tak bardzo chciała zapomnieć! A on tylko potrafił ją przygnębić. To nie był najlepszy pomysł.
- Błagam cię, przestań o nim ciągle gadać, jakby był twoją miłością życia!-powiedziała zirytowana.-Chcesz mnie jeszcze bardziej dobić i udowodnić jego niewinność czy jak?
- Miona, przepraszam, ale wiesz...-Harry chciał zacząć długi monolog, ale się powstrzymał.-Zresztą nie ważne.
- I bardzo dobrze-syknęła dziewczyna.-Nie chcę słuchać o tym dupku. Po to mnie tu przyprowadziłeś?
- Nie, oczywiście, że nie.-odparł ze skruchą chłopak.-Ja chciałem cię spytać... Ehm... o coś.
- Przestań wreszcie zadawać pytania. Mam już dość pytań, pytań, pytań. Nigdy nie dostaję odpowiedzi! Nigdy.
- Przestań wreszcie histeryzować! Myślisz, że ten dupek zmieni całe twoje ży...
- TAK!-ryknęła rozwścieczona dziewczyna.-Ale ty jesteś głupi. Nieczuły? Czy coś. Nie wiesz, co to miłość! Już wiem, czemu do tej pory z tobą nie byłam. Wiem teraz, że ty nie wiesz, co to znaczy stracić najważniejszą osobę w życiu. Nie wiesz! Jak zawsze!
Harry zamarł. Nie wiedział, jak to się stało. Jak Hermiona pomyślała, że Ron jest punktem jego troski? Patrzył zdziwiony, jak dziewczyna odsuwa pelerynę i wstaje, a następnie czołga się w środku przejścia, którym tu przyszli. Wiedział, że jeśli jej nie pomoże, może być kiepsko. Nie miała mapy-nie miała żadnych szans na odnalezienie drogi. Chciał wstać, ale bał się, że dziewczyna podniesie krzyk, by go pogrążyć. Bał się, że go odrzuci i nie pozwoli sobie pomóc. Siedział nadal na miejscu rozważając, jak postąpić, gdy to usłyszał.
Przerażający krzyk przeszył jego uszy. Nagle myśli zaczęły wypełniać najgorsze przypuszczenia. Diabelskie sidła? Hermiona. Czy to na pewno ona? Wpadła w pułapkę Irytka zaznaczoną tylko na mapie? Mapa, tego jej było potrzeba. Co ona myślała? Poszła sobie po prostu, bez peleryny.
Harry poderwał się z miejsca. Porzucił pelerynę niewidkę na bok, nie myśląc o konsekwencjach. Pędem ruszył w stronę przejścia. Biegł na oślep, było zbyt ciemno, a nie potrafił myśleć na tyle jasno, by przypomnieć sobie o różdżce. Nic nie mógł. Za bardzo plątały się myśli w jego głowie. A teraz biegł. Krzyk już dawno ucichł. Słyszalne były tylko jego stąpanie i szum piachu.
Przeszedł cały tunel, sprawdził każdy kąt, zakamarek, dziurę, wołał, krzyczał i płakał. Łzy leciały mu szybko. Nie wiedział, czemu po tej kłótni tak za nią tęskni. Nie chciał jej kochać. Kujonka, wszyscy tak mówili. Nikt jej nie lubił. No bo... Ślizgoni mówili, że szlama. Gryfoni tylko wykorzystywali wiedzę do zdobywania punktów. Krukoni plotkowali o niej, jakby była tematem tabu. Puchoni zaś mieli ją za wroga, jako osobę o wyższym poziomie wiedzy-oni tego nie tolerowali. Dlaczego Harry miał być inny? On był podatny na wpływy innych, przejmował się opinią publiczną.
Chłopiec, który przeżył. Harry Potter. Jak mógł tak bardzo sprzeciwiać się innym? Naraziłby się na hańbę-zaprzestania bycia sławnym w sposób pozytywny. Nie chciał stracić tego szczebla. Właściciel peleryny niewidki. Miał moc. Posiadacz blizny. Niezwykły... To było tak... była pewna granica... od tego momentu nie można się było wyróżniać. To była wyraźna granica. Czerwona krecha zaznaczana coraz mocniej stosunkowo do poziomu zagrożenia utraty sławy. Harry Potter był pępkiem świata. Sam to wiedział-był najlepszy. Zasługiwał nie na szacunek, a na uwielbienie. Jego serce biło mocno-nie wiedział, czy to bliskość Hermiony, czy strach przed utratą sławy. Nie wiedział, czy to dobry pomysł. Czy to dobrze zadawać się z kujonką, szlamą, z dziwolągiem nad dziwolągami.
Myśli czarodzieja nagle się rozwiały. Usłyszał złośliwy śmiech. Powoli otworzył oczy i spojrzał w górę. Pod sufitem tunelu szyderczo uśmiechał się Irytek.
- Ty... ty... Irytek, gdzie ona jest?!-wybuchnął Harry.
- Ależ kto? Głupiutki Potterze... Diabła kumotrze!-zarechotał głośno poltergeist.-Jak możesz mnie podejrzewać o zły czyn porwania jakiejś bezbronnej dziewuchy, na przykład tej naiwnej Grang...-duszek zapowietrzył się z wrażenia.-Ups, Potter, już mój czas. Znikam i nie wrócę!-wrzasnął.
- Ty wstrętny... gdzie jest Hermiona?!
- Chłopiec który przeżył...-wyszeptał oddalający się Irytek.-Nie radzi sobie sam?!-wrzasnął, po czym ekspresowo zniknął z widoku.
Harry wiedział, że to prawda. Nie potrafił sam się przyznać, że nigdy nie był na tyle dobry, by mierzyć się ze zwyczajnymi codziennymi trudnościami, a co dopiero z Voldemortem. Zaginięcie Hermiony pozbawiło go rozumu, ale był na tyle trzeźwy, by zrozumieć. Musiał wracać. I tak sam nic nie zdziała.
Tunel był bezpieczny. Żadnych Irytkowych pułapek, dziwnych stworów... W końcu po kilku minutach przeszedł przez portret Grubej Damy wprost do pokoju wspólnego Gryfonów. Widok, który zastał, był niewiarygodny.

wtorek, 12 maja 2015

Rozdział 2: "Ja bym ci tak nie zrobił. Nigdy. Przenigdy. Kochałbym cię mocno, troszczył i nie pozwolił odejść."

I znów dźwięki, jakich nie chciała usłyszeć. Nie chciała, żeby to wszystko się cały czas powtarzało. Jedno wielkie, zaklęte koło. Cały czas słyszała nad swoją głową tylko ich wieczne kłótnie. Udawała, że śpi, nie chciała nic mówić. Rozmawiała tylko z panią Pomfrey, która cały czas była z nią. Nie miała wiele na głowie, ponieważ poza Hermioną zajęte było tylko jedno łóżko. Leżał tam ktoś, odchodził. Potem przychodzili następni. A ona cały czas sterczała w miejscu. Przypomniało się jej, że koniec szóstego roku Hogwartu wiąże się z egzaminami, prefekt każdego domu musi też wykazać się jak najlepiej, sprawdzać korytarze, bibliotekę, łazienki... łazienki?
- Pani Pomfrey?-sapnęła dziewczyna.
- Tak?-spytała uśmiechnięta kobieta.
- Jak ja się tutaj dostałam? Kto mi pomógł? Kto mnie zauważył?
- Te miłe dziewczyny! Millicenta Bulstrode i Pansy Parkinson-odpowiedziała pielęgniarka.-Przyniosły cię tutaj i powiedziały, że znalazły cię zakrwawioną w łazience. Myślę, że spokojnie zgodzisz się na decyzję dyrektora. Dostały dodatkowe 100 punktów dla swojego domu.
- Żartuje pani?!-krzyknęła Hermiona. Jak one mogły zachować się tak podle?-One? To one mi to zrobiły! Ja się broniłam, a one... niech pani powie, że to żart! Błagam!
- O czym ty bredzisz, Granger?-westchnęła wyraźnie poirytowana Pomfrey.-Chyba trzeba ci zmierzyć temperaturę.
- Jak może mi pani nie wierzyć?! Wszyscy tak kochacie te przeklęte Ślizgonki!-z jej oczu znów poleciał strumień łez.-Aroganckie, wredne, zazdrosne i przebiegłe Ślizgonki!
- Jak śmiesz w ogóle tak mówić o osobach, które uratowały ci życie?-kobieta patrzyła z niedowierzaniem na podopieczną.-Gdyby nie one, mogłabyś nie żyć!
- One to wszystko uknuły! One są podłe! Wstrętne, wredne i głupie!-Hermiona zamarła.-Jak on.
W drzwiach Skrzydła Szpitalnego stał Ronald Weasley. W ręku trzymał bukiet róż, które chyliły się ku dziewczynie.
- Pani Pomfrey, ja już się dobrze czuję.-wstała i podeszła do Rona mimo ostrzeżeń pielęgniarki.
- Miona, błagam, ja...-zaczął zdezorientowany rudzielec nieporęcznie wkładając kwiaty do rąk byłej.
Hermiona wzięła kwiaty i spojrzała łagodnie na Rona. W jego głowie pojawiła się nadzieja na wybaczenie, jednak wciąż myślał o Lunie i wspaniałych chwilach przed nakryciem ich związku. Nie wiedział, czy robi dobrze. W jego głowie pojawiła się uwodzicielska mina młodej panny Lovegood. To, jak była się zachowała, było ogromnym szokiem.
- Tak ładnie pachną-uśmiechnęła się dziewczyna.-Przydałby się tobie taki zapach, a nie fetor od twojej rudej, zawszonej głowy.
Zdezorientowany Ron dostał właśnie bukietem w twarz. Hermiona połamała łodygi pięknych kwiatów i wysypała płatki na głowę chłopaka. Pozostałymi kolcami zaczęła rzucać w jego twarz. Ron nie wiedział, o co chodzi i przestraszył się okropnie, że ostry kawałek rośliny trafi mu w oko i zrobi krzywdę. Na tę myśl zrobiło mu się słabo.
- Dość! Dość tego!-pani Pomfrey podbiegła na miejsce "przemocy" i odciągnęła Hermionę.
- Może go pani stąd wyprowadzić?-spytała Hermiona.-A pójść po Harry'ego. Nie chcę patrzeć na ten tchórzliwy wyraz twarzy rudzielca.
- Nie przesadzaj!-mruknęła pielęgniarka.-Panie Weasley, niech pan się stąd usunie jak najszybciej. Nie wolno zakłócać spokoju chorym. Granger powinna odpoczywać, a nie się denerwować. I przyprowadź tu Pottera. Tak, jak ona sobie życzy. Nie ociągaj się.
Ronald rzucił drugim podarunkiem na ziemię. Szklany koń, bo taki prezent właśnie miał, sprawił, że Hermiona w swoich cienkich kapciach prawie pokaleczyła sobie nogi. Szedł szybko, tupiąc i uderzając każdego, kto szedł korytarzem. Wpadł do pokoju wspólnego Gryfonów jak strzała i podbiegł do uśmiechniętego Harry'ego. Podwinął rękawy i "zwinnym" ruchem zamachnął się. Jego pięść przeszyła powietrze, ale nie trafiła w określony cel.
- Idź do swojej dziewczyny, bo woli plebs!-ryknął.-NO IDŹ! IDŹ SZYBCIEJ!
Harry był zdziwiony, ale wstał i wyszedł z pokoju wspólnego. Pobiegł do Skrzydła jak najszybciej umiał. Wszedł przez drzwi i ujrzał Hermionę-siedzącą na łóżku, dygoczącą, bezbronną dziewczynę, która otrzepywała szkło zewsząd. Usiadł obok niej patrząc w podłogę.
- Miałeś rację-powiedziała drżącym głosem.-To jest tylko głupi, arogancki chłopak.
- Hermiono...-wziął ją za rękę i przytulił mocno.
Położyła głowę na kolanach Harry'ego i zacisnęła ręce na jego koszuli.
- Ja bym ci tak nie zrobił. Nigdy. Przenigdy-powiedział chłopak.-Kochałbym cię mocno, troszczył i nie pozwolił odejść.
- Ja wiem...-mruknęła.-Ja starałam się tak robić. On nie potrafi tego docenić.
- Hermiono...
Nagle wpadła pani Pomfrey.
- Co to ma być?! Odpoczynek nie równa się z jakimś mizianiem, Granger!-oburzyła się.
- P-przepraszam...-jęknęła Hermiona i zaszyła się pod kołdrą.
Zbliżał się wieczór-jasne promienie zza ogromnych szyb czerwieniały, a z nimi fiolet tańczył na niebie. Niebo było bezchmurne. Harry wrócił już do pokoju wspólnego Gryfonów. Siedział jednak cały czas przy kominku rozmyślając nad tym, co spotkało kochaną przez niego dziewczynę. Chciał wywołać własną senność książką-nie potrafił. Nie mógł uwierzyć w głupotę własnego "przyjaciela". I nagle wpadł na wspaniały pomysł-w celu jego zrealizowania wbiegł do dormitorium. Zaczął grzebać w swojej skrzyni w poszukiwaniu różdżki.
- Lumos.
Kolejnym celem poszukiwań była peleryna niewidka. W bladym świetle znalazł wielkie odzienie i nałożył je na siebie. Zbiegł do Skrzydła Szpitalnego jak najszybciej potrafił i na palcach podszedł do łóżka Hermiony. Dziewczyna nie spała mimo późnej godziny, więc na szelest peleryny podniosła się i rozejrzała niespokojnie. Gdy ujrzała Harry'ego odetchnęła z ulgą. Nagle jednak przypomniała sobie wybuch pielęgniarki i przeraziła się nie na żarty.
- Co ty tu robisz?! Usłyszą cię!-szepnęła.
- Nie martw się. Chodź ze mną.
Hermiona wpełzła pod pelerynę chłopaka i starannie sprawdziła, czy na pewno jej nie widać. Gdy już upewniła się, że nie wystaje spod niej żadna część ciała, powolnym krokiem odeszli.
Harry prowadził ją tajnymi przejściami, o jakich zwykły uczeń nie miałby pojęcia. Jednak posiadacz Mapy Huncwotów mógł o wiele, wiele więcej, niż inny czarodziej. Znał bowiem każdy zakamarek Hogwartu i po kilku próbach-sposób na pokonanie trudności w danym miejscu. Po jakimś czasie oswajał się również z wizerunkiem mrocznej szkoły i zaczynał pamiętać każdy kąt. Harry był posiadaczem tej mapy. Dzięki niej mógł tajnymi przejściami poprowadzić Hermionę na zewnątrz zamku.
Chłopak pocisnął głaz, który stał na przejściu tunelu, którym szli. Po wielu próbach nauczył się, co może zrobić, by z łatwością pokonać ogromną wagę przedmiotu. Mapa wskazała mu bowiem miejsce, na które należy napierać-wtedy kamień stawał się piórkiem. Zadziwiona dziewczyna patrzyła, jak Harry z łatwością przesuwa dwumetrowy głaz, ważący może z tonę. Jednak on po chwili wpuścił do środka światło księżyca i razem z Hermioną wyszli na trawę. Otaczała ona niemal cały obszar, na który wyszli. Wszystko wskazywało na to, że byli poza terenem Hogwartu. Harry wziął ją za rękę i poprowadził nad piękne, lśniące jezioro. Usiedli i bez słowa zaczęli patrzeć to w wodę, to w niebo. Powoli czarodzieje zaczęli się czuć swobodniej i podjęli rozmowę.

czwartek, 30 kwietnia 2015

Rozdział 1: Żyć w ten sposób to jak żyć bez celu

Hej! Na wstępie chciałabym podziękować za dobrą radę pod prologiem! Już wiem, jak ulepszyć post i uczynić go bardziej przejrzystym :) Dziękuję za pozytywne komentarze! Zapraszam na pierwszy rozdział!


Hermiona codziennie rano wstawała z opuchniętymi oczyma. Wstawała i płakała, nic nie było wstanie powstrzymać łez, jakie codziennie wylewała. Noce były bowiem najgorsze, a rankiem nic już nie pamiętała, tylko okropne sny, które przedstawiały jego. Dzięki temu jednak uodporniła się i całymi dniami obmyślała plany, myślała, jak się zemścić, myślała, jak mu pokazać swoje uczucia.Zaczynała się przyzwyczajać do tego wszystkiego, do bezsensownego życia, jakie ją czekało już zawsze bez Rona. Otrzymała straszną wiadomość-McGonagall pewnego dnia zawołała panią prefekt do swego gabinetu. Była przerażona stanem uczennicy, dziwiła się spadem wyników prymuski.
- Panno Granger, proszę usiąść-spojrzała na nią współczująco.
Hermiona już wiedziała, o co chodzi, trzęsła się ze strachu i zimna. Okno gabinetu było otwarte, a na zewnątrz panował mróz.
- A więc, Granger-zaczęła McGonagall wolno.-Z ostatniego testu powtórzeniowego z transmutacji miałaś tylko 60%,a skoro to powtórka, z takimi umiejętnościami mogłabyś mieć nawet sto. Dlaczego?
- Ale to nie jest sprawiedliwe!-krzyknęła dziewczyna.-Weasley może mieć 20% i co? Nic mu pani nie mówi! A poza tym mam prawo do błędów!
- Weasley to Weasley, sympatyczny, ale tępy. Ty masz możliwości! Błędów się nie powtarza, Granger-kobieta zaczęła mówić głośniej.-A skoro już mowa o dwudziestu procentach, to co powiesz mi o egzaminie praktycznym z zielarstwa?
- Profesor Sprout nie mówiła wyraźnie, nie słyszałam co mam robić!-uniosła się Hermiona.-Niech pani skończy to przesłuchanie!
- Nie podnoś na mnie głosu, albo dzięki tobie ucierpi cały Gryffindor. To ja decyduję o tym, kiedy kończymy rozmowę. Rozumiem, że profesor Snape także nie mówił na tyle wyraźnie, żeby go słuchać-mruknęła kobieta.-Jak i również pani Umbridge. Mam rację, Granger?
- Błagam, niech mnie pani nie torturuje!-jęknęła uczennica.-Po prostu mam cięższe dni i nie potrafię się skupić na tym wszystkim! Mam dość tego, że jeśli nie jestem idealna, wzywa mnie pani! A za wysokie wyniki co? Zero pochwał! Nie jestem maszyną do tworzenia dobrej średniej całemu domowi! Nie jestem, wie pani? Wydaje mi się, że nie!-z oczu Hermiony poleciały pierwsze łzy. Nie były łzami smutku. Płynęły szybko i natarczywie. Łzy złości. Łzy przegranej.
- Panno Granger-westchnęła McGonagall nadzwyczaj spokojnie.-Co się stało? Co jest na tyle strasznym wydarzeniem, byś tak się zmieniała? Co jest tak ważne, byś zmieniła się z cichej i mądrej dziewczyny w pyskatą i niegrzeczną smarkulę?-w tych współczujących słowach nauczycielki słychać było ostry ton.
- On się się stał!-krzyknęła dziewczyna.-On, ten głupek! Ten tępy i niezaradny Weasley!
- Hermiono, powiedz mi, co się dzieje. Żyć w ten sposób to jak żyć bez celu. Nic nie osiągniesz bez wsparcia, które próbuję ci dać!
Hermiona wstała i wybiegła na korytarz. Z jej oczu łzy leciały bardziej, niż kiedykolwiek po tym, jak zostawił ją Ronald. Wbiegła do damskiej toalety i tym samym wstrzymała śmiech dziewcząt przesiadujących tam niemal zawsze. Obie, Millicenta i Pancy, zamarły w ciszy i słuchały pociągania nosem Hermiony dochodzącego z kabiny. Zaczęły chichotać i parskać jak ubawione do reszty źrebaki, co jeszcze bardziej wstrząsnęło dziewczyną.
-Hej, Mionusiu!-kpiła Millicenta, stojąc pod kabiną.-Co to, Ronald cię zostawił? Smutne. Ale było wiadomo, że prędzej czy później to zrobi. Która jest jego nową? Ach tak, Lovegood. Ona to ładna jest. Rozrywkowa, nie to, co niektóre dziewczyny.
Hermiona próbowała otworzyć drzwi, jednak okazało się, że Bulstrode przytrzymuje je.
- Odsuń się, głupia grubasko! Sprawia ci to radość? Nie jesteś ani ładna, ani mądra, więc nie masz nic do powiedzenia!-ryknęła wściekła Gryfonka.
- Ojej, bunt? Nieładnie!-Pansy wyraźnie dusiła się ze śmiechu.-Myślisz, że cię wypuścimy? Mylisz się, naiwniaczko, grubo się mylisz.
Hermiona nie wytrzymała. Kopnęła w drzwi z całej siły i otworzyła torbę w poszukiwaniu różdżki. Kiedy wreszcie doszukała się jej, zamknęła drzwi na klucz, stanęła na toalecie i jedną nogę położyła na klamce drzwi kabiny. Usiadła na futrynę jedną nogę dalej trzymając na klamce. Wycelowała różdżkę w Millicentę. Obie od razu cofnęły się od niej z przerażeniem w oczach.
- Pansy, wyciągaj różdżkę, szybko! Pansy!-wielka Ślizgonka schowała się za przyjaciółkę.
Dziewczyna w pośpiechu wyciągnęła różdżkę i skierowała ją w stronę Hermiony.
- Levicorpus!-jęknęła szybko zapłakana "prymuska" przypominając sobie ostatnie lekcje zaklęć. Z jej różdżki, prosto w nową ofiarę-Pansy, wystrzeliła smuga światła, jednak zwinna dziewczyna zrobiła unik i Hermiona była zgubiona. Wstrząśnięta porażką i nieudanym zaklęciem nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Wystraszona położyła drugą nogę na klamce w celu zejścia z dotychczasowej miejscówki. Nagle w jej uszach zabrzmiał gruby głos Millicenty.
- Alohomora!
Rozległ się krzyk. Hermiona poczuła, jak jej noga zjeżdża z klamki i drzwi się otwierają. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszała, był śmiech Ślizgonek. Rozległ się trzask i Hermiona leżała na podłodze, z krwawiącą już głową na twardych i zimnych kafelkach.
A pierwsze słowa, jakie usłyszała po wybudzeniu, brzmiały okropnie. To było skrzydło szpitalne.
- To twoja wina, palancie! Ona to zrobiła przez ciebie.
- Nie pieprz! Zajmij się sobą!
- Wyjdź stąd, ona i tak ci nie wybaczy!

sobota, 25 kwietnia 2015

Prolog

- Ty świnio! Oszuście! Kłamco!-dziewczyna nie potrafiła wydusić z siebie więcej, nie potrafiła mówić przez łzy. Trzasnęła drzwiami dormitorium dziewcząt i opadła na łóżko.
- Hermiona, błagam.-Ron stał przed zamkniętymi drzwiami. Między jego sztucznie czułymi słowami słychać było ciche przekleństwa.
Hermiona tylko czekała, aż otworzy drzwi. Nie mógłby tam wejść, ale z chęcią patrzeć na jej ból przez próg-owszem. Chciała tylko pochwycić najcięższy z podręczników do eliksirów i rzucić nim prosto w Rona. Czuła pustkę. Pustkę, pustkę, pustkę. Jakby ktoś wyciągnął z niej wszystkie uczucia. Jakby ten cały Weasley owinął ją wokół palca i przejął wszystko, co dobre. Bicie serca. Gdzie ono jest? Uciekło razem z tym łajdakiem. Najwyraźniej też kłamało. A Harry? On jej powiedział, że ją kocha. A ona była taka głupia. Mówiła „nie”, by być z Ronem, który nigdy nie powiedział jej „KOCHAM”. Dziewczyna dławiła się łzami. Do jej uszu dobiegły przekleństwa zza drzwi, a potem...
- Jak ty mogłeś?! Ona ci ufała! Łajdaku!
- A ty co? Zostawiłeś moją siostrę tylko po to, żeby się przystawiać do Hermiony, tylko i wyłącznie, żeby nam przeszkodzić!-odparował Weasley.
- Chociaż byłem szczery! Kocham Hermionę, myślałem, że się nią zaopiekujesz i pogodziłem się z tym, że nie jest ze mną. Nie to, co ty! Tej wspaniałej Lovegood się zachciało! Wiedziałem, że nie chcę być z Ginny, więc jej to powiedziałem. Ty nie potrafiłeś, tchórzu!
- Opanuj się, głupi okularniku.
- Na nic więcej cię nie stać? Na nic? Bronię tego, co w moim życiu najważniejsze, a nie porzucam byle gdzie!-odgryzł się Harry.
- Odwal się!-ryknął Ron w niepokonalnej furii.