wtorek, 12 maja 2015

Rozdział 2: "Ja bym ci tak nie zrobił. Nigdy. Przenigdy. Kochałbym cię mocno, troszczył i nie pozwolił odejść."

I znów dźwięki, jakich nie chciała usłyszeć. Nie chciała, żeby to wszystko się cały czas powtarzało. Jedno wielkie, zaklęte koło. Cały czas słyszała nad swoją głową tylko ich wieczne kłótnie. Udawała, że śpi, nie chciała nic mówić. Rozmawiała tylko z panią Pomfrey, która cały czas była z nią. Nie miała wiele na głowie, ponieważ poza Hermioną zajęte było tylko jedno łóżko. Leżał tam ktoś, odchodził. Potem przychodzili następni. A ona cały czas sterczała w miejscu. Przypomniało się jej, że koniec szóstego roku Hogwartu wiąże się z egzaminami, prefekt każdego domu musi też wykazać się jak najlepiej, sprawdzać korytarze, bibliotekę, łazienki... łazienki?
- Pani Pomfrey?-sapnęła dziewczyna.
- Tak?-spytała uśmiechnięta kobieta.
- Jak ja się tutaj dostałam? Kto mi pomógł? Kto mnie zauważył?
- Te miłe dziewczyny! Millicenta Bulstrode i Pansy Parkinson-odpowiedziała pielęgniarka.-Przyniosły cię tutaj i powiedziały, że znalazły cię zakrwawioną w łazience. Myślę, że spokojnie zgodzisz się na decyzję dyrektora. Dostały dodatkowe 100 punktów dla swojego domu.
- Żartuje pani?!-krzyknęła Hermiona. Jak one mogły zachować się tak podle?-One? To one mi to zrobiły! Ja się broniłam, a one... niech pani powie, że to żart! Błagam!
- O czym ty bredzisz, Granger?-westchnęła wyraźnie poirytowana Pomfrey.-Chyba trzeba ci zmierzyć temperaturę.
- Jak może mi pani nie wierzyć?! Wszyscy tak kochacie te przeklęte Ślizgonki!-z jej oczu znów poleciał strumień łez.-Aroganckie, wredne, zazdrosne i przebiegłe Ślizgonki!
- Jak śmiesz w ogóle tak mówić o osobach, które uratowały ci życie?-kobieta patrzyła z niedowierzaniem na podopieczną.-Gdyby nie one, mogłabyś nie żyć!
- One to wszystko uknuły! One są podłe! Wstrętne, wredne i głupie!-Hermiona zamarła.-Jak on.
W drzwiach Skrzydła Szpitalnego stał Ronald Weasley. W ręku trzymał bukiet róż, które chyliły się ku dziewczynie.
- Pani Pomfrey, ja już się dobrze czuję.-wstała i podeszła do Rona mimo ostrzeżeń pielęgniarki.
- Miona, błagam, ja...-zaczął zdezorientowany rudzielec nieporęcznie wkładając kwiaty do rąk byłej.
Hermiona wzięła kwiaty i spojrzała łagodnie na Rona. W jego głowie pojawiła się nadzieja na wybaczenie, jednak wciąż myślał o Lunie i wspaniałych chwilach przed nakryciem ich związku. Nie wiedział, czy robi dobrze. W jego głowie pojawiła się uwodzicielska mina młodej panny Lovegood. To, jak była się zachowała, było ogromnym szokiem.
- Tak ładnie pachną-uśmiechnęła się dziewczyna.-Przydałby się tobie taki zapach, a nie fetor od twojej rudej, zawszonej głowy.
Zdezorientowany Ron dostał właśnie bukietem w twarz. Hermiona połamała łodygi pięknych kwiatów i wysypała płatki na głowę chłopaka. Pozostałymi kolcami zaczęła rzucać w jego twarz. Ron nie wiedział, o co chodzi i przestraszył się okropnie, że ostry kawałek rośliny trafi mu w oko i zrobi krzywdę. Na tę myśl zrobiło mu się słabo.
- Dość! Dość tego!-pani Pomfrey podbiegła na miejsce "przemocy" i odciągnęła Hermionę.
- Może go pani stąd wyprowadzić?-spytała Hermiona.-A pójść po Harry'ego. Nie chcę patrzeć na ten tchórzliwy wyraz twarzy rudzielca.
- Nie przesadzaj!-mruknęła pielęgniarka.-Panie Weasley, niech pan się stąd usunie jak najszybciej. Nie wolno zakłócać spokoju chorym. Granger powinna odpoczywać, a nie się denerwować. I przyprowadź tu Pottera. Tak, jak ona sobie życzy. Nie ociągaj się.
Ronald rzucił drugim podarunkiem na ziemię. Szklany koń, bo taki prezent właśnie miał, sprawił, że Hermiona w swoich cienkich kapciach prawie pokaleczyła sobie nogi. Szedł szybko, tupiąc i uderzając każdego, kto szedł korytarzem. Wpadł do pokoju wspólnego Gryfonów jak strzała i podbiegł do uśmiechniętego Harry'ego. Podwinął rękawy i "zwinnym" ruchem zamachnął się. Jego pięść przeszyła powietrze, ale nie trafiła w określony cel.
- Idź do swojej dziewczyny, bo woli plebs!-ryknął.-NO IDŹ! IDŹ SZYBCIEJ!
Harry był zdziwiony, ale wstał i wyszedł z pokoju wspólnego. Pobiegł do Skrzydła jak najszybciej umiał. Wszedł przez drzwi i ujrzał Hermionę-siedzącą na łóżku, dygoczącą, bezbronną dziewczynę, która otrzepywała szkło zewsząd. Usiadł obok niej patrząc w podłogę.
- Miałeś rację-powiedziała drżącym głosem.-To jest tylko głupi, arogancki chłopak.
- Hermiono...-wziął ją za rękę i przytulił mocno.
Położyła głowę na kolanach Harry'ego i zacisnęła ręce na jego koszuli.
- Ja bym ci tak nie zrobił. Nigdy. Przenigdy-powiedział chłopak.-Kochałbym cię mocno, troszczył i nie pozwolił odejść.
- Ja wiem...-mruknęła.-Ja starałam się tak robić. On nie potrafi tego docenić.
- Hermiono...
Nagle wpadła pani Pomfrey.
- Co to ma być?! Odpoczynek nie równa się z jakimś mizianiem, Granger!-oburzyła się.
- P-przepraszam...-jęknęła Hermiona i zaszyła się pod kołdrą.
Zbliżał się wieczór-jasne promienie zza ogromnych szyb czerwieniały, a z nimi fiolet tańczył na niebie. Niebo było bezchmurne. Harry wrócił już do pokoju wspólnego Gryfonów. Siedział jednak cały czas przy kominku rozmyślając nad tym, co spotkało kochaną przez niego dziewczynę. Chciał wywołać własną senność książką-nie potrafił. Nie mógł uwierzyć w głupotę własnego "przyjaciela". I nagle wpadł na wspaniały pomysł-w celu jego zrealizowania wbiegł do dormitorium. Zaczął grzebać w swojej skrzyni w poszukiwaniu różdżki.
- Lumos.
Kolejnym celem poszukiwań była peleryna niewidka. W bladym świetle znalazł wielkie odzienie i nałożył je na siebie. Zbiegł do Skrzydła Szpitalnego jak najszybciej potrafił i na palcach podszedł do łóżka Hermiony. Dziewczyna nie spała mimo późnej godziny, więc na szelest peleryny podniosła się i rozejrzała niespokojnie. Gdy ujrzała Harry'ego odetchnęła z ulgą. Nagle jednak przypomniała sobie wybuch pielęgniarki i przeraziła się nie na żarty.
- Co ty tu robisz?! Usłyszą cię!-szepnęła.
- Nie martw się. Chodź ze mną.
Hermiona wpełzła pod pelerynę chłopaka i starannie sprawdziła, czy na pewno jej nie widać. Gdy już upewniła się, że nie wystaje spod niej żadna część ciała, powolnym krokiem odeszli.
Harry prowadził ją tajnymi przejściami, o jakich zwykły uczeń nie miałby pojęcia. Jednak posiadacz Mapy Huncwotów mógł o wiele, wiele więcej, niż inny czarodziej. Znał bowiem każdy zakamarek Hogwartu i po kilku próbach-sposób na pokonanie trudności w danym miejscu. Po jakimś czasie oswajał się również z wizerunkiem mrocznej szkoły i zaczynał pamiętać każdy kąt. Harry był posiadaczem tej mapy. Dzięki niej mógł tajnymi przejściami poprowadzić Hermionę na zewnątrz zamku.
Chłopak pocisnął głaz, który stał na przejściu tunelu, którym szli. Po wielu próbach nauczył się, co może zrobić, by z łatwością pokonać ogromną wagę przedmiotu. Mapa wskazała mu bowiem miejsce, na które należy napierać-wtedy kamień stawał się piórkiem. Zadziwiona dziewczyna patrzyła, jak Harry z łatwością przesuwa dwumetrowy głaz, ważący może z tonę. Jednak on po chwili wpuścił do środka światło księżyca i razem z Hermioną wyszli na trawę. Otaczała ona niemal cały obszar, na który wyszli. Wszystko wskazywało na to, że byli poza terenem Hogwartu. Harry wziął ją za rękę i poprowadził nad piękne, lśniące jezioro. Usiedli i bez słowa zaczęli patrzeć to w wodę, to w niebo. Powoli czarodzieje zaczęli się czuć swobodniej i podjęli rozmowę.